życie po francusku
Skomentuj

Zostać Polką dzięki pigułkom?

Czy wyprowadzanie kota na spacer to warszawski zwyczaj? Kim jest „Gruba Kaśka”? Dlaczego Czarna Madonna jest czarna?  Już w najbliższym tygodniu do księgarń wchodzi druga część „Polskich pigułek” – hitu autorstwa Fanny Vaucher.

Fanny przyjechała do Warszawy nie wiedząc, co ją czeka. Zaopatrzona w biało-czerwone pigułki na ból głowy pragnęła poznać życie w Polsce od podszewki, a może nawet stać się Polką. Swoje obserwacje dotyczące eklektycznej architektury stolicy, upodobań kulinarnych Polaków i zaskakujących aspektów języka w naturalny dla siebie sposób przelewała na rysunki. Tak powstał błyskotliwy blog Pilules polonaises podsuwający Polakom szwajcarskie lustro, w którym mogą się przejrzeć. To dzięki Fanny policzyłem ile moich koleżanek ma na imię „Magda”, poznałem legendę Kamiennego Niedźwiedzia ze Starego Miasta i zwróciłem uwagę na „blokowe babcie” i sprzedawców ulicznych, którzy niczym dekoracje w teatrze tworzą klimat Warszawy.

unnamed-2

 

W 2013 roku obserwacje Fanny zostały zebrane w książce „Pilules polonaises” wydanej przez wydawnictwo Fundacji Bęc Zmiana. „Pigułki” pisane po francusku, z polskim i angielskim tłumaczeniem rozeszły się jak świeże bułeczki i doczekały się kilku dodruków. Książka świetnie sprawdza się jako niebanalny prezent z Polski dla obcokrajowców.

unnamed-4

Na rynek francuskojęzyczny wprowadzone zostały przez Les Editions Noir sur Blanc. Natomiast już za chwilę w księgarniach pojawi się drugi tom, a w nim kolejne zderzenia Fanny z polskością – zdziwienia, refleksje i zachwyty. Zobaczcie zresztą sami, co Fanny opowiedziała mi o „Pilules polonaises 2” w poniższym filmie.

„Pilules polonaises” możecie zamówić bezpośrednio w sklepie Fundacji Bęc Zmiana.

cigognes

Ja natomiast mam dla Was konkurs, w którym możecie wygrać swój egzemplarz „Pigułek”. Wystarczy, że do 20ego września opiszecie to, co Was zaskoczyło w odwiedzanym przez Was kraju francuskojęzycznym. Razem z Fanny wybierzemy jedną historię, która zostanie nagrodzona książką. Piszcie w komentarzu do tego artykułu. Macie czas do 20 września do godziny 23:59. Wyniki konkursu ogłoszę na moim facebooku 23 września.

unnamed

0 komentarzy

  1. Małgosia mowi

    Dwa lata temu miałam okazję wziąć udział w wymianie sportowców z naszej wioski z francuskim miasteczkiem Saint Chef. Zawsze chciałam pojechać do Francji i posłuchać prawdziwego języka francuskiego w życiu codziennym. Udało mi się pojechać dzięki mojemu bratu, który jako sportowiec mógł zabrać ze sobą towarzysza. We Francji spędziliśmy tydzień. Na co dzień mieszkaliśmy u francuskich rodzin, gdzie od podszewki mogliśmy poznawać ich codzienność. Już pierwszego dnia zauważyliśmy (dla nas dziwne) zwyczaje…
    Dzień rozpoczynał się od obfitego, słodziutkiego śniadania i herbaty…. z mikrofali. Sposób przygotowywania herbaty nieco nas zaskoczył, gdyż w domu brakowało czajnika, a herbata powstawała poprzez zagrzanie wody w mikrofali już wraz z torebeczką z suszem. Inną sprawą było to, że herbata, kawa czy cokolwiek do picia, podawane było w miskach, bez uszek do złapania, o średnicy co najmniej 15 cm.
    Później okazało się, że na obiad zazwyczaj jadają pizzę….. z jajkiem… Tu zdziwiliśmy się jeszcze bardziej, no bo jak to, jajko na pizzy? Nasza francuska rodzina wytłumaczyła nam, że właśnie jajko umieszczone na środku pizzy, jest dla kucharza wyznacznikiem tego, w jakim stopniu pizza jest przepieczona. Hmmm, po głębszym zastanowieniu uznaliśmy, że może mieć to jakiś sens.
    Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miasta. Znajdowało się tam muzeum, przepiękna galeria sztuki, poznawaliśmy miasteczko od najlepszej strony, Umęczeni zwiedzaniem, udaliśmy się do domu na kolację.
    Kolacja…. Hmm. nie da się jej opisać w jednym zdaniu, bo trwała aż 3 godziny! Na początku na stole pojawiła się ogromna miska z sałatą, kostka masełka i plasterki wędzonej szynki (po jednym dla każdego). Jak już uporaliśmy się z całą miską sałaty i dodatkami, przyszedł czas na danie główne: opiekane ziemniaczki i befsztyk. Następnie podano nam twarożek w miseczkach. Byliśmy już w pełni najedzeni i myśleliśmy, że to już koniec kolacji.. Okazało się, że był to dopiero środek. Na stole pojawiały się jeszcze budynie, placki i lody. Ogrom jedzenia i jego różnorodność były całkowitym szokiem na koniec dnia.
    Po kolacji udaliśmy się na spacer, co by strawić to, co zjedliśmy. Po drodze odwiedziliśmy jedną z restauracji, gdzie znajdowali się nasi znajomi z Polski ze swoimi rodzinami. Tam mogliśmy zaobserwować dwie zabawy, które mocno nas zdziwiły. Pierwsza z nich: na stole stał pan z przywiązaną do kolan chochlą, w rękach trzymał przykrywkę do garnka i śpiewał francuską piosenkę, co jakiś czas (w punkcie kulminacyjnym utworu) tak bujając biodrami i kolanami, uderzał chochlą w przykrywkę. Druga zabawa przedstawiała się następująco: siedzieliśmy w rzędzie, jeden za drugim, śpiewając piosenkę, aż w pewnym momencie, ktoś nabiegał na nasz rząd i rzucał się nam na ręce, a my przenosiliśmy go na rękach na koniec rzędu, i trwało to do znudzenia ;))…
    Podsumowując, podczas naszego pobytu mogłam zobaczyć życie Francuzów, o jakim nie piszą w książkach ani nie pokazują w telewizji. Mimo że Francuzi nie lubią uczyć się języków obcych, są dla wszystkich bardzo gościnni i otwarci :).

  2. Justyna mowi

    Tak się złożyło, że od maja mieszkam we Francji. Przeprowadziłam się do Ojczyzny mojego męża nie chcąc mu za bardzo wierzyć, że znajomość języka angielskiego we Francji nic nie znaczy. Cóż, musiałam przekonać się na własnej skórze… Dlatego uczę się pilnie nowego dla mnie języka i od czasu do czasu zaglądam też i tutaj, aby poszerzyć swoje umiejętności 🙂
    W przeszłości wiele podróżowałam po świecie (Ameryka Północna i Południowa, Bliski Wschód) i byłam przekonana, że Francja i jej kultura raczej mnie nie zaskoczy. A jednak! Różne zwyczaje żywieniowe (sery po głównym posiłku, wszechobecna bagietka), biskup przed katedrą witający się z każdym z osobna i życzący dobrej niedzieli po Mszy Św., wąskie uliczki i wiele poważnie zaniedbanych samochodów (ciągle poruszających się po drodze), biurokracja gorsza niż w Polsce – to nic. Zaproszenie, które ostatnio otrzymaliśmy (z półrocznym wyprzedzeniem) na „cywilny chrzest” (le baptême civil) – to jest coś co totalnie mnie zaskoczyło. Myślałam, że to żart i oczy prawie wyszły mi z orbit, kiedy okazało się, że nie. Z religijnego punktu widzenia chrzest jest tylko w Kościele, więc na początku byłam skołowana i zupełnie nie zrozumiałam pojęcia „cywilnego chrztu”. Przypuszczam, że każda religia ma swoje obrządki związane z nadaniem imienia, a osoby, które nie utożsamiają się z żadnym wyznaniem po prostu zgłaszają imiona dziecka do Urzedu Stanu Cywilnego i nie organizują z tego tytułu imprezy. Tak to wyglada przynajmniej wśród moich znajomych w Polsce. Nigdy nie słyszałam o świeckim obrządku uroczystego nadania imienia, więc to zaproszenie nie tylko mnie zaskoczyło, ale również zaintygowało. Uroczystość będzie miała miejsce dopiero w następnym roku (prawie 2 lata po narodzinach dziecka), ale już teraz wiem, że najpierw wszyscy udadzą się do merostwa, a potem do restauracji, w której odbędzie się przyjęcie. Bardzo ciekawa jestem tego wydarzenia:)

  3. W liceum z francuskiego miałam słabą tróję (wybłaganą i popartą uroczystą przysięgą u Pani Profesor, że nigdy ale to nigdy więcej nie skalam języka Moliera).
    Nic mi w tym języku nie pasowało, więc z dziką radością zrobiłam wszystkim podręcznikom moją prywatną rewolucję francuską. Niestety życie jest (pardon le mot) cholernie przewrotne i wyszłam za mąż za… Francuza. Przeprosiłam się zatem z ljazonami i subżąktiwem i wróciłam do nauki.
    Niestety najgorsze miało się dopiero wydarzyć., czyli…Boże Narodzenie u mojej żabojadziej rodzinki.
    W Wigilię na stół dumnie wjechał zestaw ohydztw – od foie gras (biedne gąski) po żyjące i bulgoczące od soku z limonki ostrygi. Myśląc o gorącym barszczu serwowanym przez Mamę 1500 km dalej, dłubałam bez przekonania widelcem w ślimaku z czosnkiem, gdy na stół wjechała ONA – monstrualnych rozmiarów OŚMIORNICA. Zjeść tego nie zjem – myślę sobie, ale co mi tam, błysnę chociaż moim frenczem, żeby się nie poobrażali, że nie doceniam tego creme de la creme teściowej z wielką głową i ośmioma nogami.
    – Ulala – gwiżdżę z podziwem chcąc skomplementować gwiazdę Wigilii i jej gargantuiczne macki – que grandes testicules!

    Słysząc salwy śmiechu wujka Antoine’a i ciotki Sabine już wiedziałam, że pogrążyłam się już w zupełności….

    (Dla tych co z fransukim są równie na bakier jak ja: tentacules – macki
    testicules – jądra)

  4. Pamiętam jak kilka lat temu pierwszy raz pojechałam do Paryża i oczywiście plan zwiedzania był bardzo obszerny. Wszystkie najważniejsze miejsca miałam zapisane ale postanowiłam, że już na miejscu zaplanuję dokładnie każdy dzień. Nie znałam jeszcze Paryża, dzielnic, nie miałam pojęcia co gdzie się znajduje. Postanowiłam, że poproszę o pomoc jakiegoś wiekowego francuza, który być może przekaże mi przy okazji jakieś ciekawostki bądź historie z Paryżem w tle. Wybrałam Pana sprzedającego gazety. Wyglądał na bardzo sympatycznego starszego francuza. Idąc w jego stronę już czułam ten francuski klimat w którym zaraz się znajdę. Podeszłam. Zadałam pytanie : ” Przepraszam, w jakiej dzielnicy Paryża znajduje się La défense i Musée d’Orsay ? ” No i zaczęło się. Mój Francuz najpierw się zaczerwienił ze złości a potem zrobił mi awanturę krzycząc, że Paryż nie ma dzielnic, że Paryż to jest tu w centrum ( sytuacja miała miejsce blisko wieżowca Montparnasse), żebym zapamiętałam, że wszystko co jest poza centrum to nie Paryż. Zdenerwował się bardzo a ja wręcz zaczęłam uciekać, ponieważ staruszek zaczął mnie przeganiać laską. Wstyd był niesamowity bo Pan był bardzo głośny i wiele osób zwracało uwagę na całą sytuację. Mnie osobiście ten incydent bardzo przyblokował językowo już do końca pobytu ale nikt nie potrafił mi wytłumaczyć dlaczego taka była reakcja „mojego” francuza.

  5. Luke O'Connor mowi

    Francja jest nie tylko piękna ze względu na historię, ale i również przez te zwyczaje, które panują w domu, obrzędu, ich własny styl, wyniosłość języka, czy jego potoczność.

    Zwyczaj przy stole:

    najpierw entrée /przystawka czy starter/ w jednej misce dla wszystkich na stole. Liczysz ile osób siedzi przy stole, np 9, i bierzesz mniej więcej jedna dziesiąta, bo nawet ostatnia osoba pewnie trochę zostawi, żeby można było sobie dołożyć /tzn komuś/,
    potem danie główne, tak samo, nie ma serwisu – talerz po talerzu, dorośli nabierają sobie sami – inaczej byliby traktowani jak dzieci. W szczególnych przypadkach jedna osoba obsłuży wszystkich, po uprzednim uzgodnieniu. Czeka się, żeby zacząć, aż pani domu włoży widelec do ust, wcześniej nikt nie rusza jedzenia,
    wtedy ser, przeważnie kilka do wyboru na talerzu, bierzesz nie więcej jak 2 czy 3 ciopeńkie kawałeczki. z ciopeńkimi kawałeczkami chleba, ręką wkładasz do ust,
    – następnie deser, wszystko w jednym posiłku, wiec porcje beda zawsze raczej małe jak dla polaka,
    – po deserze kawa. Czarna,. raczej żadnych herbat. Może być alkohol, określa się go „pousse café”,
    – przed całym posiłkiem, takim rodzinnym, często też jest alkohol, na praktycznie pusty żołądek, z kilkoma oliwkami czy czipsami. Każdy wybiera jaki chce, jedynie wino przy stole jest to samo dla wszystkich. Czerwone do mięs czerwonych, często krwistych, białe wytrawne do ryb, białe słodkie raczej do deserów, lub jako aperitif przed posiłkiem,
    kładzie się chleb bezpośrednio na stole,
    że mogli wytrzymać bez jedzenia od 13 do 20.

    Zaproszenie kogoś z poza rodziny:

    wcześniej się upewnia, czy ktoś czegoś nie lubi do jedzenia, ale posiłek jest tak złożony, że nawet gdyby, zawsze może nie jeść entrée a zjeść więcej z dania głównego, czy ciut więcej sera… itp,
    zawsze można nadrobić większymi porcjami, natomiast raczej wszyscy jedzą to samo, a nie jeden ma coś tam, a to trzymam dla drugiego, a tamten ma resztki z przedwczoraj, chyba że to będzie taka zwykła kolacja między sobą,
    nowa osoba nie jest specjalnie traktowana: siada się przy stole, podaje krążące półmiski najlepiej po kolei jak siedzimy, jeden po drugim, czy mężczyzna, czy kobieta, można niby zaproponować sąsiadowi, że mu się przytrzyma coś, czy coś poda. Domaga się chleba z drugiego końca stołu, bo koszyk jest jeden, wina tez się trzeba domagać,
    – zwykle są dwie tury krążenia półmisków: pierwsza dla wszystkich, a druga /dokładka/ dla tych co mają wyjątkowo ochotę,
    pani domu może Ci wskazać miejsce, ale na ogół nie rozdziela się narzeczonych, i młodych małżeństw do roku po ślubie,
    – matka /Pani domu/może chcieć mieć najstarszego syna po swojej prawej stronie, ale Pan domu i Pani domu często są rozdzieleni,
    Przez pan, i Pani czyli vous, madame, vous monsieur, z czasem jak serdeczniejsze stosunki, to vous + imię,
    Czy mógłbym zjeść ostatni kawałek Je pourrais avoir le dernier morceau? Je peux avoir le morceau qui reste? Jednak jeżeli myślisz, że możesz o niego prosić, bo pierwszy to raczej bym poczekał, aż mi zaproponuje, pytajać uprzednio, czy nie podzielić się z kimś – pamietajmy, że we Francji dzieli się posiłkiem, stąd te półmiski zbiorowe itp,

    Narodowość:

    – pojecie narodu – la nation ma wiele twarzy, to się nazywa la diversité,
    ludzie są z lewicy, potrafią naprawdę współczuć drugiemu- c’est de l’empathie la pitié, jak jest Ci kogoś żal, w sensie, że niestety nie możesz mu pomóc, bo tylko on może sobie pomoc.
    – wyrażenie „il n’est pas aidé” oznacza kogoś, komu nic nie pomaga, na poziomie jego inteligencji.

    Religia:

    ich msze są nadal po łacinie, i stoą twarzą do ołtarza, nie do wiernych, często klęczą. Normalni katolicy nie klęczą już w kościele, komunie przyjmują do ręki, a księża nie paradują w sutannach.
    – kapliczki są czasem w dużych domostwach, żeby się przypadkiem arystokracja nie mieszała z plebsem na zwykłej mszy. No i jak ksiądz przyjedzie, żeby miał gdzie odprawiać. Modlitwy wieczorne zbiorowe też były w tej ultrakatolickiej rodzinie. We Francji jedyni księża co noszą sutannę to ultra-katolicy, kiedyś obłożeni klątwa przez papieża, dziś już chyba się pogodzili, ale nadal są sami sobie, papieża olewają.
    – pogrzeb? czy ja wiem, chowają ich bez butów, ale dziś są raczej kremacje, mało kto jest chowany, chyba, ze po wioskach. Długo się na to czeka. Kilka dni…
    – przychodzi się na ceremonie, czy religijna, czy nie. Odczytuje jakieś wspomnienie o zmarłym, jego opis, czego dokonał, w czym był dobry, szczególny, itp.
    często nikt już nie zostaje po tej ceremonii na pochowanie, jedynie najbliżsi.

    Serdecznoć:

    – jak przychodzi listonosz czy inny nieproszony, szklanka wody wystarczy, zwłaszcza w upał,
    – fakt, że mówią przez ’Wy’ do niemowląt -vous mangez votre soupe!

  6. Pamiętam że najbardziej zdziwił mnie fakt iż woda jest za free!
    3 lata temu w Paryżu, jest niedziela, panuje wieczór. Jestem wraz z przyjaciółką, obie spłukane i spragnione.
    W okolicy wszystkie sklepy zamknięte, heloł jest niedziela to nie Polska gdzie istnieja sklepy 24h (przeważnie zreszta z alkoholem), nagle moja przyjaciółka podchodzi do przydrożnej restauracji i prosi o szklankę wody, dostaję ją w mgnieniu oka z uśmiechem na twarzy, za darmo. To mnie najbardziej zaskoczyło we Francji, np. bedąc na obiedzie możesz zamówić karafkę wody i nie musisz za nią płacić. We Francji nigdy nie jestem odwodniona 🙂

  7. Ja napiszę króciutko, ale te dwie rzeczy mnie zadziwiły bez reszty. Opiszę 2 migawki z moich podróży.
    Po pierwsze, Bruksela. Jeśli kiedykolwiek pomyśleliście, że nie ma nic dziwniejszego niż francuskie liczebniki (nie znam innych języków, w których 90 to 4×20+10), to nie jesteście sami – Belgowie też tak uważali i dlatego stworzyli własne nazwy tych „większych” liczebników.

    Po drugie, Paryż. Mnóstwo jest bezdomnych w Paryżu. Właściwie są wszędzie. To, co ich odróżnia od bezdomnych w Polsce (przynajmniej tych, których ja spotkałam, nie chciałabym tutaj bardzo generalizować) to fakt, iż nie są to alkoholicy, których celem istnienia jest kolejna butelka wódki, ale ludzie, którzy żyją tu, bo nie wyobrażają sobie życia nigdzie indziej. Rozmawiałam kiedyś z dwójką bezdomnych w Paryżu i powiedzieli mi, że tu jest ich dom, i że nie zamienią go na inny za nic na świecie, bo nie ma takiego drugiego miejsca jak Paryż. To była bardzo smutna, ale bardzo ujmująca rozmowa.

  8. Monik mowi

    Podczas mojego miesięcznego wakacyjnego pobytu we Francji (przedwczoraj wróciłam) dużo rozmawialiśmy na temat różnic kulturowych, językowych i innych między Francją a Polską. Jednak to, co zdziwiło mnie najbardziej to fakt, iż we Francji adoptuje się najczęściej dzieci pochodzące z innych krajów, bo u nich jest „deficyt”. Niesamowite, patrząc na to ile dzieci czeka na rodziców w Polsce. Ponadto istnieją pośrednicy, czyt. handlarze, którzy płacą kobiecie za nowo narodzone dziecko (najczęściej w biednych krajach afrykańskich, gdzie rodziny są wielodzietne), a następnie odprzedają je rodzinom francuskim. Niesamowite…

  9. Paula Mucha mowi

    Francję uwielbiam, ale chyba nigdy nie zaakceptuję nieogolonych pach Francuzek, impertynencji kelnerów czy chociażby porannej herbaty robionej z zimnej esencji z dnia poprzedniego…
    Ignorancja dotycząca nauki języka angielskiego zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy…Tak samo zresztą jak małe francuskie bobasy jedzące awokado,grzebiące w ostrygach czy zagryzające jabłko pleśniowym serem.

  10. Marta mowi

    Witam. Bardzo dlugo wahalam sie przed napisaniem tego komentarza, poniewaz nie chcialabym nikogo urazic moimi spostrzezeniami. Po przeczytaniu komentarza Jacka na Facebooku zdecydowalam sie w ostatniej chwili na przytoczenie wam moich kilku historii, sytuacji, z ktorymi mialam stycznosc i które mnie naprawde zaskoczyly lub tez nadal zaskakuja we Francji.

    Moj szok kulturowy oraz doswiadczenia musze podzielic na dwa etapy: szok, ktory przezyty oczami turystki oraz ten, ktory dopadl mnie po zamieszakaniu na stale w miescie zakochanych – Paryzu.

    A wiec zaczynamy: Lipiec 2011 czyli moja pierwsza wizyta w Paryzu oraz w ogole we Francji. Pamietam to jak dzis. Wysiadlam po 22h z autokaru na placu de la Concorde i to wlasnie tutaj dostalam pierwszego szoku. Nie moglam uwierzyc w ta ilosc ludzi, ktorzy zgromadzili sie na placu, aby podziwiac obelisk oraz inne monumenty (pochodze z Opola, wiec duza liczba ludzi nie powinna mnie az tak zdziwic, no ale jednak). A to byl dopiero poczatek gory lodowej, kotra mialam odkryc. Metro Chatelet. Kazdy turysta lub mieszkaniec Paryza wie jakim utrapieniem jest ta oto stacja. Serce Paryza przypominajace Katakumby w niekonczacym sie remoncie, z masa wyjsc na wszystkie strony miasta oraz kilka lini metra i RER. Koszmar w bialy dzien. Podczas pobytu tam nie moglam napatrzec sie na ludzi, ktorzy chodzili w czym tylko chcieli. Wygladali jakby byli z innej planety, mieli przerozne kapelusze i kolory wlosow. W tej calej dzungli kolorow nikt nie patrzyl sie na nich krzywo, nie zwracal uwagi na to jak oni sie ubieraja czy też jaki maja styl. Wolnosc, pomyslam sobie. Z perspektywy czasu mysle ze nie mialo to znaczenia w tak duzym miescie jakim jest Paryz, w ktorym przenika sie tyle kultur. Jest to dla nich norma, czymś zwyczajnym czyms co maja na codzien. Tak wiec tacy ludzie nie wyrozniaja sie z tlumu, jak to sie odbywa w Polsce. Ok, do rzeczy. Po przyjezdzie do hotelu, postanowilam pojsc do restauracji, przekasic cos, poniewaz po takiej podrozy bylam wykonczona. Byla godzina 16h00, pora obiadowa dla typowego Polaka. Jakie zdziwienie mnie dopadlo, kiedy pociagnelam za klamke a drzwi byly zamkniete (jak i w 5 innych restauracjach, które znajdowaly sie obok). No jak to?! Godzina obiadowa i wszystko zamikniete- pomyslalam. Dopiero po chwili dostrzeglam mala karteczke na drzwiach a nastepnie . No oszaleli! Kto normalny je obiad w poludnie, przeciez dopiero co bylo drugie sniadanie (po pewnym czasie zrozumialam dlaczego francuzi jedza az tak wczesnie- male slodkie sniadania lub tylko piją kawę i całkowicie pomijają drugie sniadania). Podobnie zaskoczona bylam probujac zrobic zakupy w niedziele popoludniu. Przeciez to takie polskie zajecie, wypad do centrum handlowego w niedziele na maly shopping. Wyobrazcie sobie moja mine gdy stałam przed zamknietym supermarketem, a jedyną rzeczą jaką miałam w lodówce było światło. Jako turystka zwiedzajac miasto zakochanych bylam oczarowana kultura, atrakcjami jak i darmowymi wejsciowkami dla uczniow i studentow. Niestety w Polsce musialam placic za kazdy wypad do muzeum, czy galerii. Jako ze byl to moj pierwszy raz we Francji bardzo sie balam, iz bede sie gubila na kazdym kroku. Bylam więc bardzo milo zaskoczona organizacja , przejrzystymi i jasnymi objasnieniami w metrze, autobusach czy pociagach.
    Poczatkowo nie mialam stycznosci z prawdziwymi francuzami i ich kultura. Wszystko zmienilo sie po kolejnym przyjezdzie do Francji. Tym razem bardziej na powaznie, poniewaz bralam udzial w wymianie studenckiej, rowniez w Paryzu. Niby znalam miasto, wiedzialam czego sie spodziewac a tu prosze kolejny szok. Przydzial akademikow ze wzgledu na uprawiane sporty (Politechnika Paryska). I tak np; pojawil sie dom studencki dla zawodnikow rugby, pilkarzy czy kajakarzy. Podczas moich studiow w Polsce sport, wf nie byl az tak wazny (0 ECTS wiec czym sie przejmowac?!). Tutaj stanowil pewnego rodzaju wyrocznie w jakim gronie bedziesz sie obracac przez kolejne 3 lata. Wspolne kolacje, bylo to czyms totanie nowym i dziwnym dla mnie. Kazdego wieczoru razem gotowalismy, jedlismy a nastepnie sparzatalisly po sobie (w miedzyczasie przypominalam sobie moje polskie kolacje, kanapka przed kompem, zupa chmielowa w barze czy tez jej brak, poniewaz laborki trwaly do 21h00 wiec nie bylo juz na nic czasu). Po paru dniach przebywania z francuskimi studentami dostrzeglam wiele roznic pomiedzy naszym systemem edukacji a ich. Obowiazkowe wyjady na praktyki, staze, duzo wiecej mozliwosci, czy nawet sprzet laboratoryjny. Najwiekszym zaskoczeniem byla beztroska studentow, nikt nigdy nie martwil sie czy zabraknie mu pieniedzy do 10 jak to bywa w przypadku polskich studentow. Platne studia sponsorowane przez rodzicow czy tez dziadkow, to bardzo powszechna sprawa, rzadko kiedy mozna spotkac pracujacego studenta. Tlumaczenia z jakimi sie spotkalam byly jednoglosne… jesli pojdziemy do pracy nie bedziemy mieli czasu na nauke, hobby i sport.

    Po przerrowadzce do Lyonu oraz znalezieniu pracy bylam juz na innym etapie zglebienia tej ‘tajemniczej’ kultury ;). Przestaly mnie juz zadziwiac pozne rozpoczynanie i konczenie pracy, czy kilkugodzinne apero, kolacje z deserami o 23h00. Sprawy przybraly inny obrot, kiedy poznalam mojego chlopaka (oczywiscie francuza). Mysle ze to wlasnie wtedy zaczal sie ten drugi etap szoku kulturowego jaki przezylam. Poczatkowe ukrywanie sie, poniewaz w typowych katolickich francuskich rodzinach, pojecie dziewczyny nie istnieje, moze byc co najwyzej kolezanka. Dziewczyna zostaje sie dopiero wtedy kiedy ma sie powazne plany co do drugiej osoby. Tak tez bylo i w moim wypadku. Pierwsza kolacja i oficjalne zapoznanie. Myslalam ze bedzie to kolacja jakie mamy w Polsce, mila, smieszna rozmowa o duperelach, niestety poleciala gruba amunicja i pytanie o polityke (Solidarnosc, Lech Walesa), ekonomie. Idealne tematy na pierwsze spotkanie. Pozniej bylo juz tylko gorzej, taki smiech przez lzy. Podczas spotkan rodzinnych zadziwila mnie jedna rzecz odnosnie stylu francuzek i francuzow. Zawsze starannie dobrany kardigan, lekka bizuteria delikatny makijaz dla pan, oraz elegancki swetr i polowka dla panow wszystko w stonowanch kolorach.
    Skoro jestesmy juz przy sprawach rodzinnych porusze temat, ktory chyba najbardziej mnie zadziwil, chodzi o macierzynstwo (wszystko widziane oczywiscie z mojego punktu widzenia i nie chce nikogo urazic). Nigdy nie widziałam tu calkowitego zafiksowania i zwariowania mam na punkcie dzieci tak jak ma to miejsce w Polsce. U nas mlode mamy rzucajace swoja kariere, studia, zycie towarzyskie i staja na glowie. We Francji matki nigdy nie pozwolilby sobie na to, aby porzucic swoje zycie, kariere czy tez wypady do restauracji, kina z przyjaciolmi, przeciez dzicko to nie krol. Ostatnim szokiem, ktory przezywam kazdego dnia wychodzac na ulice czy bedac w sklepie jest stycznosc z jezykiem francuskim, ale tym prawdziwym, kotrym posluguja sie francuzi w pracy, barze i na ulicach. Kazdego dnia zdaza mi sie popelniac bledy czy nie do konca zrozumiec co ktos mial na mysli ( pewnego razu pan nazwal mnie schneck, niestety nie zrozumialam o co mu chodzi wiec sie usmiechnelam, na drugi dzien zostalam uswiadomiona znaczenia tego slowa, inny przypadek z ostatniego piatku kiedy to w pracy chcial poprosic o feutre a przez zla artykulacje wyszlo foutre…. no coz hihihi). Chyba nigdy Francja i ludzie tutaj nie przestana mnie zadziwiac nawet za 20 lat, jak to mawiaja co kraj to obyczaj!

    Zycze milego wieczoru

  11. Magda mowi

    Chyba to, że nie wolno kroić nożem sałaty na talerzu, że ludzie pytają ile zarabiasz jak chcesz od nich wynająć mieszkanie, że nie można kupić w aptece plastrów-opatrunków na sztuki (to chyba tylko w Pl), nie mogę zjeść w restauracji o 18h – prawie wszystkie zamknięte, na dworcach trudno o kasę biletową z panią w okienku (z Panem też nie mają), żeby założyć abonament na telefon trzeba pół miliona dokumentów, że mają te fajne kratki w zeszytach, że życzą na koniec rozmowy „dobrego dnia/popołudnia/wieczoru”, że nie wiem co zrobić z suchą bagietką na trzeci dzień- łabędzie odpadają, bo nie ma jak jej przełamać, nie ma mąki ziemniaczanej, usługi naprawcze kosztują niestety majątek, kolejki w poczekalni u lekarza – nikt o nic nie pyta wchodząc a i tak wie, kiedy wchodzi. I! W tramwajach nie ma kasowników, są tylko na przystanku. To taki mój krótki brainstorming. Pozdrawiam!

  12. Fanny robi świetną robotę podobnie jak Marzena Sowa z jej komiksem o Marzi.
    Świetny materiał do pracy na lekcji, by nauczyć uczniów opisywać po francusku polską rzeczywistość.

    PS Fanny, błagam, pisz wyraźniej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *