porady
5 komentarzy

Marzenia się nie spełniają. To ty musisz je spełniać. – Głodny Świata

Filip Turowski (Głodny Świata) wrócił z samotnej podróży dookoła świata. Zaprosiłem go na kawę, by opowiedział mi i Wam o swoich przeżyciach. 

Czy zawsze byłeś głodny świata?

(śmiech) Wszystko zaczęło się jakieś 7 lat temu, kiedy zorganizowałem swoją pierwszą wyprawę na Daleki Wschód. To było raptem półtora tygodnia i jedno miejsce – Tajlandia. Spodobało mi się. Od tamtego czasu, każdego roku poświęcałem cały urlop na Azję.

Czemu akurat na Azję?

Tam unosi się coś w powietrzu. Coś tajemniczego… Wszystko jest inne niż w Europie – język, religia, kultura. Wystarczająco magiczne, by spędzić tam prawie rok.

Jak wyglądało twoje życie przed wielką wyprawą?

Była to typowo korporacyjna egzystencja. Pracowałem na Mordorze. Spędzałem codziennie kilka godzin w środkach transportu. Praca od poniedziałku do piątku. Po drodze jakaś siłownia i spotkanie ze znajomymi. I tak w kółko. Rutyna, która trwała 3 lata. Czułem, że coś mnie uwiera…

I spakowałeś się do walizki na cały rok?

Nie do walizki, ale do plecaka. Podróżowałem tylko z bagażem podręcznym.

Spore wyzwanie!

To rewelacyjne uczucie, kiedy siadasz w swoim mieszkaniu i zastanawiasz się, czego naprawdę potrzebujesz, a czego musisz się pozbyć. Pakujesz swoje życie do pięćdziesięciolitrowego plecaka i żegnasz się. Prawdziwa szkoła minimalizmu.

Jak doszło do Twojej decyzji o podróży?

Sama decyzja była dość spontaniczna. Od dawna zaczytywałem się w książkach podróżniczych. Jedna z moich ulubionych to „Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata”. W Wielkanocny wieczór siedziałem u rodziców w domu i przeglądałem stronę z tanimi lotami. Wyskoczyła mi przypadkiem oferta podróży dookoła świata. Zacząłem się tym bawić. I tak sobie poskładałem bilet do Japonii w jedną stronę za 600 zł. Kupiłem go, myśląc, że nie będzie to duża strata pieniędzy, nawet jeśli nie polecę. Następnego dnia obudziłem się jak nowo narodzony. Wiedziałem, że na pewno nie porzucę tego pomysłu.

Byłeś świadomy, że zostawiasz swoje dotychczasowe życie na cały rok?

Nie. Wiedziałem tylko, że będzie to podróż. Nie wiedziałem do końca ile będzie trwała, ani kiedy wrócę. Oddałem się trochę w ręce losu. Wstępny plan miałem na pół roku. Niczego więcej nie organizowałem.

I jakoś tak wyszło, że zostałeś cały rok…

Rzeczywiście. Najwięcej czasu spędziłem w Azji, bo aż 8 miesięcy. Zasiedziałem się.

Najpierw Japonia?

Tak. Potem Korea Południowa. Później przeskoczyłem do Chin na półtora miesiąca. Następnie przedostałem się w głąb kontynentu przez Wietnam, Kambodżę, Tajlandię, Laos, Birmę i Malezję. Tam się trochę pokręciłem. Wyskoczyłem do Kerali na chwilę – to znaczy na dwa tygodnie. Potem udałem się do Indonezji na miesiąc. Tam też nastąpił przełomowy moment mojej podróży.

W jakim sensie?

Minął czas, w którym wiedziałem mniej więcej, co będę robił. Pojawiło się pytanie: co dalej? Błąkałem się trochę po mieście i – tak jak w Polsce – podjąłem decyzję o kupnie biletu. Zdecydowałem się na wyjazd do Stanów. Stamtąd przeskoczyłem do Kolumbii. I spędziłem cztery miesiące w Ameryce Południowej.

glodnyswiata-3

Nie miałeś ochoty pracować w żadnym z tych krajów?

To nie było moim założeniem. Jako barman na plaży opłaciłbym tylko swoje koszty bieżące. Natomiast lepiej płatna praca wiązałaby się ze zobowiązaniami, na które nie mogłem sobie pozwolić.

Wróciłbyś do punktu wyjścia. Utknąłbyś w korpo, ale w innym państwie.

Właśnie. A mi nie chodziło o to, żeby się zatrzymywać, tylko żeby odkrywać kolejne miejsca.

Ile kosztuje podróż dookoła świata?

Nie podliczałem tego z jednego prostego powodu – wiedziałem, że i tak mam za mało pieniędzy. Niektórzy rozpisują sobie wszystkie wydatki w Excelu i kontrolują się w ramach swojego dziennego budżetu. U mnie było to bardzo plastyczne. Oszczędzałem tyle ile mogłem. Na wszystkim. Po prostu musiałem. Szacowałbym, że za wszystko zapłaciłem około 45 000 złotych.

Za cały rok? Łącznie z utrzymaniem?

Staram się być oszczędny. Można oczywiście wydać dużo więcej, w zasadzie nie ma górnej granicy. Mi udało się przeżyć przy bardzo zgrabnym zarządzaniu pieniędzmi i codziennych, drobnych oszczędnościach. Czasem mogłem też spać za darmo w niezłych hotelach albo jeść w restauracjach w zamian za współpracę medialną albo na przykład iść na trekking w zamian za nakręcenie krótkiego filmu. Wiesz, starałem się to balansować: po 2-3 tygodniach spania w ciasnych i dusznych hostelach, mogłem wreszcie odpocząć w wygodnym łóżku. Nie trwało to oczywiście długo, bo przecież nie wyjechałem po to, żeby spać w hotelach, tylko, żeby poznawać świat.

I odkrywać różne smaki…

Tak, ale też nie mogłem szaleć. Azja to raj dla fanów dobrego jedzenia, jednak nie zawsze jest ono tanie. Japonia na przykład jest świetnym punktem na gastronomicznej mapie świata, ale dość drogim. Gdy więc poznałem już smaki, na których mi zależało, nieraz odmawiałem sobie niektórych rzeczy.

45 tysięcy to wcale nie jest wygórowana kwota jak na rok życia. Ja płacę więcej, żeby utrzymać się w Warszawie.

Tylko zwróć uwagę, że kiedy podróżujesz tak jak ja, nie zawsze śpisz w komfortowych warunkach i jesz to, na co masz ochotę. Często zatrzymujesz się w hostelach, gdzie śpisz z 12 osobami w niekoniecznie dużym pokoju. Owszem jest tanio, ale trzeba wiedzieć z czego ta cena wynika. Czasem to szkoła przetrwania! Opisałem ostatnio na blogu „10 rzeczy, których nie wiesz o podróży dookoła świata”. To drobne i większe rzeczy – w Seulu na przykład biegłem raz pod prysznic, gdy zorientowałem się, że ktoś zwinął moje klapki. Poszedłem bez, bo się spieszyłem. Niby nic wielkiego, ale hostelowe toalety bywają ohydne. W takich sytuacjach czasem po prostu przestajesz się brzydzić (śmiech).

Machu Picchu.jpg

Głodny Świata w Machu Picchu

Na ile Twoje decyzje były świadome, a na ile spontaniczne?

Kiedy planowałem tę podróż, jeździłem palcem po globusie i notowałem kraje, które chciałbym zwiedzić i co w nich zobaczyć. Miesiąc tu, miesiąc tam i przy szóstym kraju z kolei byłbym w podróży już pół roku. Szybko zorientowałem się więc, że tak to nie zadziała i pewne miejsca muszę sobie odpuścić. Rozpisałem sobie więc, że spędzę dwa tygodnie tutaj, trzy tygodnie tam… To była ta część zaplanowana. Natomiast wszystko to, co się działo od momentu wyjścia z lotniska, to była wypadkowa tego, na co miałem ochotę, co wyczytałem wcześniej w przewodniku i kogo spotkałem na swojej drodze.

Nie bałeś się podróżować sam?

O dziwo nie. Chociaż żeby nie było, nigdy nie uważałem się za Indianę Jonesa! Jestem trochę samotnikiem. Lubię plątać się sam po miastach, ale mam też wewnętrzny radar, który mówi mi, że w dane miejsce lepiej się nie zapuszczać. Nigdy nic złego mi się nie przydarzyło.

A nie bałeś się samotności?

Nie, lubię przebywać sam ze sobą i cieszyłem się na taką samotną przygodę. Jednak mimo to w pewnym momencie stwierdziłem, że brakuje mi bliskich relacji – kontakty w czasie podróży są niestety dosyć powierzchowne. Wyobraź sobie, że wspinasz się przez kilka dni na szczyt, docierasz do celu, masz przed sobą niesamowity pejzaż albo widzisz najpiękniejszy wschód słońca. Wiesz, że ten obraz zachowasz w pamięci do końca życia, ale nie możesz się nim podzielić z kimś bliskim. To całkowicie normalne, że jest ci wtedy smutno. Jeśli ktoś mówi, że zjeździł świat samotnie i że nigdy nie zdarzyło mu się płakać w poduszkę, albo spędzić dnia w łóżku z powodu przygniecenia samotnością, to moim zdaniem albo nie jest zbyt emocjonalny, albo po prostu ściemnia (śmiech).

Jak przebiegał twój kontakt z bliskimi przez ten rok?

Dysponujemy teraz taką technologią, że nawet najdalsze podróże są łatwiejsze niż kiedyś. Mi zdarzyło się tylko kilka razy nie mieć zasięgu. Zawsze miałem poczucie, że mogę się skontaktować z bliskimi. Przed podróżą założyłem bloga i stronę na Facebooku, dzięki którym można było mnie obserwować i widzieć, że żyję i jak żyję. Czasem jednak kontakt był swoistą kulą u nogi – chciałeś, ale nie mogłeś, czułeś, że powinieneś, a ci się nie chciało…

Podróżując samemu musiałeś otworzyć się na obcych ludzi.

To było dla mnie całkiem ciekawe doświadczenie. W swoim normalnym, poukładanym życiu raczej z dystansem podchodziłem do nowych kontaktów. W czasie podróży zobaczyłem zupełnie inne oblicze swojej osobowości. Byłem w stanie wejść do pokoju pełnego zupełnie obcych mi ludzi, z bardzo odmiennych kultur i bez żadnego oporu zacząć z nimi rozmawiać.

Może to był inny Filip? Tożsamość podróżnika?

Może to mechanizm zachowawczy? A może czułem pod skórą, że musiałem być otwarty, żeby przeżyć (śmiech)?

Może to była rola?

A może – przewrotnie – wyjeżdżając bardzo daleko wychodzisz z roli, którą grasz na co dzień i tym samym odkrywasz prawdziwego siebie? Myślę, że podróże są idealnym sposobem na to, żeby coś w sobie zmienić. W innym otoczeniu możesz realizować swoje wewnętrzne cele.

Jakie były twoje?

Znaleźć spokój, satysfakcję i wyzbyć się stresu, który dość często towarzyszył mi przed wyjazdem. Wiesz, napięte terminy, pilne spotkania, prezentacje, o których dowiadujesz się w ostatniej chwili. Lubiłem swoją pracę, jednak czułem, że się wypalam, a moja kreatywność jest bardzo ograniczona. Postanowiłem więc wyjechać, stworzyć coś tylko mojego – podróż, bloga, książkę, nad którą pracuję – otworzyć umysł i poszukać spokoju. Zrozumieć, że tak naprawdę nic nie muszę i sam tworzę swoją rzeczywistość. Może brzmi to odrobinę górnolotnie, ale tak naprawdę to dość banalne. Po prostu czasem trudno to sobie uświadomić: odgrywając pewne role, robiąc, to, czego oczekuje od nas otoczenie i goniąc za tym króliczkiem, za którym wszyscy dookoła gonią. Choć pewnie sami nie wiedzą dlaczego.

Processed with VSCO with c1 preset

Głodny Świata w Salar de Uyuni

 W jakim języku porozumiewałeś się z napotkanymi ludźmi?

Rozczaruję cię, bo nie po francusku.

(śmiech) Jeszcze cię zachęcę do francuskiego. Przecież nie wszędzie można się dogadać po angielsku.

Racja. W Japonii czasem mówiłem po polsku.

Jak to?

To było na samym początku mojej wyprawy. Jak kubeł zimnej wody. Kiedy byłem w górach, zatrzymałem się w małym ryokanie (rodzaj japońskiego guesthouse’u) prowadzonym przez stare małżeństwo. Przyjechałem wcześniej niż było to umówione i chciałem zostawić bagaż. Starałem się wytłumaczyć to po angielsku, ale Japonka mnie nie rozumiała. Pokazywała mi wydrukowaną listę podstawowych zwrotów w wersji japońskiej i angielskiej, ale nijak to się miało do sytuacji. Miałem wtedy bardzo słaby zasięg, więc nie mogłem się nawet połączyć z internetem, żeby użyć translatora. Wylądowaliśmy w impasie komunikacyjnym. Było mi już wszystko jedno. Ona mówiła do mnie po japońsku, więc ja przestawiłem się na polski. Gestykulowaliśmy. I w pewnym momencie jakoś udało nam się porozumieć. Okazało się, że chciała mi powiedzieć to samo, co ja jej – że byłem za wcześnie. Zostawiłem więc plecak i przyszedłem godzinę później. Śmieszne doświadczenie!

Dla niektórych pewnie przerażające.

Wcale bym się nie zdziwił! Jesteś w zupełnie obcym kraju i musisz sobie radzić, żeby przeżyć. Najpierw łapie cię frustracja, później przerażenie. Nie rozumiesz podstawowej komunikacji. Nie jesteś w stanie odszyfrować napisów. To jest tak jakby odarto cię z najbliższych tobie rzeczy, nawet z twojego języka. Nieważne kim jesteś i co robisz. Jesteś w obcym kraju. Stajesz przed drugim człowiekiem i musisz się porozumieć. Ale w większości przypadków angielski mi wystarczał. Może poza Ameryką Południową.

Mówiłeś wtedy po hiszpańsku?

Musiałem! Udało mi się załatwić dwutygodniowy intensywny kurs hiszpańskiego w Kolumbii. Nauczyłem się na tyle, żeby kupić awokado na targu, porozumieć się z taksówkarzem… Złapanie podstaw hiszpańskiego jeść dość proste, a jego wymowa całkiem dobrze przychodzi Polakom.

Nie masz teraz ochoty nauczyć się japońskiego?

Pewnie, że mam. Jak wszystkich innych języków (śmiech). Fajnie byłoby móc pogadać z mieszkańcami, gdziekolwiek byśmy nie byli. Ale to masa ciężkiej pracy! W czasie podróży uczysz się prostych zwrotów z życia codziennego – sformułowań, które ja pomyliłem już pierwszego dnia w Japonii, bo witałem się mówiąc „do widzenia”

Miałeś zderzenia z barierą kulturową?

Już wcześniej bywałem w Azji Południowo-Wschodniej, więc wyjechałem z pewnym zrozumieniem różnic w naszych kulturach. Niemniej jednak Japonia zrobiła na mnie ogromne wrażenie – to kraj daleki od chaosu gorącego południa. Czasem miałem wrażenie, że wszystko jest tam ustawione niemal od linijki – nowoczesne, idealnie zaplanowane i poukładane. Nieswojo z kolei było mi na przykład w Peru, gdzie kucharka na moich oczach ukręciła głowę śwince morskiej, żeby przyrządzić lokalną specjalność.

Co wtedy czułeś?

Z jednej strony po plecach przeszły mi ciarki, ale z drugiej starałem się akceptować i rozumieć tę nie-moją rzeczywistość. Podróże pokazują, że to, co masz w głowie i co uznajesz za powszechnie normalne jest jedynie wycinkiem rzeczywistości. Nic tak nie poszerza horyzontów jak konfrontacja z innymi zachowaniami. Uważam, że niektórzy powinni być obowiązkowo transportowani na drugi koniec świata, żeby przejrzeć na oczy, zobaczyć jak żyją inni, że można inaczej.

Ludzie boją się inności.

To w zasadzie normalne, bo jesteśmy przyzwyczajeni do schematów. Nasz mózg uwielbia porządkować i kategoryzować informacje. Spotkanie z innością zaburza ten porządek, zmusza do pewnej refleksji i wyjścia ze strefy komfortu.

Podróż dookoła świata to duże wyjście ze strefy komfortu?

Do tego stopnia, że na pewnym etapie całkowicie redefiniujesz słowo „komfort”. Jet lag, karaluchy w pokoju, kolejna noc na lotnisku, przeciekający dach albo kompletny zaduch w ciasnym autobusie, którym masz jechać 5 godzin… Wychodzisz ze swojej strefy komfortu przez cały czas i w każdym aspekcie. To fajna sprawa!

Jak daleko trzeba wyjechać, żeby dotrzeć do wnętrza siebie?

Żeby dowiedzieć się czegoś o sobie, wcale nie musisz wyjeżdżać daleko. Może wcale nie musisz wyjeżdżać… Wydaje mi się, że bardziej chodzi tu o zrozumienie i nazwanie własnych pragnień. Mi w tym akurat pomogła długa i daleka podróż, która z jednej strony była spełnieniem mojego marzenia, a z drugiej dała mi dużo dystansu i niezmąconego czasu na myślenie o mojej przyszłości. Nie będę twierdził, że każdy powinien wziąć plecak i ruszyć w podróż dookoła świata, żeby zrozumieć, co mu daje szczęście. Każdy będzie miał na to swój sposób, a najważniejsze to zadać sobie pytanie: czy jestem szczęśliwy?

Kim ty byłeś podróżując z plecakiem dookoła świata? Warszawiakiem, Polakiem, Europejczykiem?

Wiesz, chyba nigdy przedtem nie poczułem tak mocno swojej europejskości jak w trakcie tej podróży. Kiedy w drodze powrotnej wylądowałem w Zurychu, byłem naprawdę szczęśliwy, że znów jestem w mojej Europie.

Wróciłeś do wcześniejszej pracy?

Nie. Wiem, że w tym momencie nie dawałoby mi to radości. Wróciłem z bezcennym poczuciem tego, że mogę wszystko, czego zapragnę. Jestem bardziej pewny siebie i tego, co chcę robić, a przede wszystkim tego, czego nie chcę. Jeśli ktoś tak czuje od zawsze, to mu gratuluję, bo ja potrzebowałem przelecieć dookoła Ziemi, żeby to zrozumieć (śmiech). Jestem też spokojniejszy i wiem, że nie ma sensu martwić się o rzeczy, na które nie mam wypływu.

DCIM100GOPRO

Głodny Świata na Wielkim Murze Chińskim

Czytałem na twoim blogu o stracie poczucia czasu…

Każdemu tego życzę! To nie jest wakacyjne pomylenie wtorku ze środą. To coś dużo bardziej drastycznego. W pewnym momencie orientujesz się, że zupełnie nie wiesz, jaki dzisiaj jest dzień, ani co będzie jutro. Doświadczasz wtedy na własnej skórze pewnej sztuczności kalendarza, do którego przywykliśmy i mierzenia czasu tygodniami. Nie śpieszysz się, bo nie masz po co. No, chyba że masz samolot (śmiech).

Poczułeś się wtedy częścią świata?

To trudne pytanie. Natomiast nigdy wcześniej proste doświadczenia nie dawały mi tyle frajdy. I choć spacer w zimny poranek czy przemoknięcie do suchej nitki podczas ulewy nie są same w sobie przyjemne, to w często niezwykłym otoczeniu najpiękniejszych miejsc na świecie są ciekawym przeżyciem.

Takie przeżycia nigdy nie są bezkarne. Nie miałeś nigdy rzeczywistej obawy o swoje życie?

Zdarzyło mi się. Kiedy leciałem z Dżakarty na Bali dość starym samolotem z ponurą kabiną, wlecieliśmy w strefę turbulencji. Nic specjalnego, ale w pewnej chwili samolot gwałtownie opadł, kilka osób krzyknęło, a facet obok mnie gwałtownie złapał moje ramię na podłokietniku. Nie tylko ja się wystraszyłem i miałem miękkie nogi. Innym razem w boliwijskim Potosi trafiłem na strajk górników, którzy zablokowali główne drogi wyjazdowe z miasta. Musiałem ruszać dalej, więc z kilkoma osobami zamówiliśmy taksówkę, która miała nas przewieźć skrótem przez góry. W drodze trafiliśmy jednak na blokadę – rozwścieczeni górnicy nie mieli zamiaru nas przepuścić i rzucali w naszą stronę kamieniami. Na szczęście byli dość daleko, ale gdy zawracaliśmy, nasz kierowca był solidnie wystraszony. Nic nam się nie stało, ale autentycznie przez moment się bałem.

Odradzałbyś wyjazdy w pojedynkę?

Podróże nigdy nie są pozbawione niebezpieczeństw. Myślę, że przede wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Jeżeli jesteś w kraju, którego nie znasz, uważaj i nie wchodź tam, gdzie nie trzeba. Powiedziałbym, że warto się odrobinę bać – na tyle, by pozostawać ostrożnym. Natomiast coś złego może cię równie dobrze spotkać w biały dzień w twoim mieście. Czy to znaczy, że jest ono niebezpieczne?

Czyli pakujemy się i w drogę?

Jeśli takie jest twoje marzenie – oczywiście! Tak jak nie ma sensu nadmiernie obawiać się niebezpieczeństw, tak nie można odkładać swojego szczęścia na później. Marzenia się nie spełniają. To ty musisz je spełniać. Samo nic się nie wydarzy. Dotyczy to wszystkiego, także nauki języków obcych, co pewnie tobie jest bliższe. Nie warto zostawiać swoich marzeń na później. Może będziesz potrzebować więcej czasu niż inni, by je zrealizować, ale to ty decydujesz o swoim losie.

Chciałeś wrócić?

Na początku myślałem, że podróż zajmie mi dłużej niż rok. Będąc w połowie, czułem nadal podróżniczą adrenalinę – chciałem iść dalej i dalej… W dziewiątym miesiącu zacząłem natomiast czuć zmęczenie.

To taka ciąża…

(śmiech) Na pewno coś się urodziło. Trzymaj kciuki za moją podróżniczą książkę kucharską!

Polska to przystanek czy przystań?

Jeszcze nie wiem. W tym konkretnym momencie to przystań. Ale może za chwilę okazać się, że to chwilowy przystanek. Albo przystań, do której będę co jakiś czas zawijał. Ta podróż niesamowicie otworzyła mi umysł. Nie wiem, co będę robił w czerwcu przyszłego roku. Oczywiście mam jakieś życzenia, które chciałbym zrealizować, ale nauczyłem się, że życie jest wypadkową wielu czynników i nigdy do końca nie wiesz, dokąd doprowadzi cię dana droga.

Dziękuję ci za tę inspirującą rozmowę i życzę niegasnącego głodu świata.

Dzięki!

A wszystkich zapraszam na blog Filipa – Głodny Świata

glodnyswiata-4

5 komentarzy

  1. Wow! 🙂 Przeczytałam cały wywiad i jestem pod wrażeniem, a także czuję wiele wspólnego z Głodnym Świata 🙂 Swoją przemianę przechodzę w Polsce, choć za miesiąc chcę ją kontynuować na Karaibach,a potem…. może też mnie poniesie gdzieś dalej…kto to wie 😉 Życzę dalszego odkrywania siebie, ludzi i świata i chętnie poczytam więcej o tej wyprawie i nie tylko 🙂

  2. Sylwia mowi

    Uwielbiam takich ludzi jak Filip. Pełnych pasji i odwagi. Książkę, gdy się ukaże na pewno z chęcią przeczytam.
    Ja natomist nie mogę się doczekać mojej małej podróży do Paryża 😉
    Pozdrawiam 🙂

  3. Podziwiam za odwagę i szeroko rozumianą ciekawość, których akurat w tej materii mi brakuje 😉
    Przy okazji podzielę się znaleziskiem. Poniżej link do bloga Caroline – Francuzki, która postanowiła udać się w podróż dookoła świata… pieszo! W ciągu 10 lat chce przemierzyć 45 kraje. Jest już w połowie swojej wyprawy.
    http://piedslibres.com/

  4. Super wywiad 🙂 Lubię czytać o podróżach, a podróże plus pozytywne nastawienie i odkrywanie wnętrza siebie są jeszcze bardziej interesujące 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *